Rozmawiając przy śniadaniu z moją mamą o jej latach nastoletnich, usłyszałam zdanie:
„Współczuję waszemu pokoleniu. Kiedyś żyło się wśród ludzi, teraz żyjecie w wiecznej izolacji”.
Moim pierwszym odruchem było, żeby się z nią nie zgodzić. Jej słowa zabrzmiały jak lekka drwina z mojego – rzekomego – braku relacji. Powstrzymałam się jednak i wyszłam z domu, zanim spokojna rozmowa przerodziłaby się w kłótnię. Po drodze doszłam jednak do wniosku, że być może… ma rację.
Gdy moja mama dorastała w latach 90, świat funkcjonował inaczej. Kontakty międzyludzkie były bezpośrednie i nieprzerywane przez ekrany. Spotkania umawiało się „za godzinę pod blokiem”, a spóźnienie oznaczało realne ryzyko, że oczekujący odejdzie. Rozmowy toczyły się na ławkach, w kuchniach, na klatkach schodowych. Telefon stacjonarny był wspólny, a listy – choć wolniejsze – miały w sobie ciężar i moc zaangażowania. Obecność drugiego człowieka była czymś namacalnym, a nie ikoną świecącą się na ekranie.
Problem odosobnienia coraz częściej pojawia się w publicznych dyskusjach. Społeczeństwo, a zwłaszcza starsze pokolenie wychowane jeszcze przed erą powszechnego internetu, zwraca uwagę na powierzchowność współczesnych relacji międzyludzkich. I nie są to jedynie subiektywne odczucia. Dane pokazują, że w ciągu ostatnich siedmiu lat odsetek osób doświadczających samotności i izolacji podwoił się – i w dodatku nic nie prognozuje rychłej poprawy sytuacji.
Kamuflowanie samotności jest dziś dziecinnie proste dzięki wszechobecności mediów społecznościowych. Algorytmy, które analizują każdą sekundę naszej uwagi, dostarczają nieustannie treści idealnie dopasowane do naszych emocji, lęków i pragnień. Otrzymujemy obrazy ludzi takich jak my, przeżywających to samo co my. W zamian za efemeryczne poczucie zrozumienia wchodzimy w relacje paraspołeczne – jednostronne, bezpieczne, niewymagające.
Nieświadomie stajemy się wyznawcami kościoła algorytmów. Co więcej, sami go zasilamy. Kiedyś zdjęcia trafiały do albumów oglądanych w gronie najbliższych. Dziś publikowane na portalach społecznościowych są publiczną deklaracją szczęścia, sukcesu i spełnienia. Relacje przestają opierać się na wspólnym przeżywaniu i otwartości, a zaczynają skupiać się na wzajemnym przytakiwaniu i utwierdzaniu się w poczuciu swojej wyjątkowości.
Również empatia staje się cechą coraz rzadszą. Nie brak opinii, że jest to spowodowane brakiem zwątpienia w innych i wiarą w ich samodzielność, bo przecież każdy z nas ma swoje problemy. W rzeczywistości jednak często chodzi o brak chęci zainteresowania się kimkolwiek z najbliższego otoczenia. Komunikacja coraz częściej sprowadza się jedynie do wymiany pochwał i uznania.
W kulturze sukcesu każdy odczuwa presję osiągnięć i samorealizacji. W latach 90. nikt nie budował marki osobistej w wieku nastoletnim. Nie trzeba było nieustannie myśleć o tym, jak wygląda się w oczach innych. Dziś natomiast towarzyszy nam przewlekła myśl dotycząca cudzej percepcji.
Żyjemy w świecie, który zdążył skrytykować niemal wszystko, przez co nieustannie podąża za nami strach przed byciem sobą. Wiele działań podejmujemy dla poklasku, przyjmując formy dalekie od naszej naturalności. Oddalamy się nie tylko od innych, lecz także od samych siebie. Coraz więcej energii poświęcamy wyglądowi i wizerunkowi, stawiając własną osobę w centrum uwagi, co tylko pogłębia nasze poczucie osamotnienia.
Być może więc moja mama miała rację. Być może nie chodzi o to, że nie mamy ludzi wokół siebie, lecz o to, że coraz rzadziej naprawdę jesteśmy z innymi. A dopóki nie nauczymy się znów być obecni – uważni, autentyczni i empatyczni – będziemy żyć w tłumie, który nie potrafi otrząsnąć się z samotności.