Nie każdy filister jest w stanie zrozumieć kunszt maestra francuskiego kina jakim był Jean-Luc Godard. Powiem Państwu szczerze, że ja też nie, ale dane mi było coś o nim napisać, to i jestem, i piszę.
3. grudnia, czyli w urodziny Godarda, który miałby w tym roku 94 lata, w Kinie Kameralnym Cafe miałem okazję zobaczyć double feature (tzw. podwójny seans, na którym pokazywane są dwa filmy w cenie jednego) filmów „Nowa Fala” (2025) reż. Richarda Linklatera i „Do utraty tchu” (1960) w reż. Jean-Luca Godarda. W tym wymagającym intelektualnie i kulturalnie przedsięwzięciu towarzyszył mi przyjaciel, również młody kinomaniak, który niby coś tam wie, niby coś tam oglądał, ale tak naprawdę to w obliczu 60-kilku-latków na sali kinowej na filmie znanego reżysera staje się nikim. No więc staliśmy się takimi dzieciakami bawiącymi się w kulturę i oglądamy.
Na pierwszy rzut wleciał Linklater ze swoją, tzw. w filmografii „doku-fikcją” (czyli filmem nie do końca dokumentalnym, bo fabularnym, ale na faktach, więc trochę faktu tam jednak jest, choć nad tym można byłoby się dłużej spierać), o kręceniu „Do utraty tchu”. Film dobry, typowy pod publikę która nie wie, ale chciałaby się dowiedzieć – linearna historia, świat przedstawiony czytelny i przejrzysty, humorystyczny, przyjemny do oglądania. Z kolegą jesteśmy zachwyceni.
Piętnastominutowa przerwa – gadka szmatka, jak ci sie podobał, co tam u ciebie, załatwianie potrzeb fizjologicznych i ewentualne domówienie ciasta czy napoju do kolejnego seansu. Nic takiego.
Po przerwie – Godard we własnej osobie ze swoim wybitnym debiutem filmowym. Panie i panowie, kinomaniaczki i kinomaniacy, Francuzki i Francuzi, oto on – „Do utraty tchu”. Nie był to mój pierwszy film od tego reżysera, bowiem miałem na swoim koncie już „Męsko-żeński” (1966), wiec mniej więcej, a w zasadzie mniej, wiedziałem, czego się spodziewać. Czerń i biel, odcienie szarości (swoją drogą, z obsady liczyłem na Jean-Pierre Leáuda, ale go nie zastałem – wtedy był u Truffauta), zdecydowanie jakiś związek damsko-męski o skomplikowanym, erotycznym podłożu, i tak dalej i tak dalej. Dostałem oczywiście wszystkie z powyższych, ale i dodatkowe atrybuty. Przede wszystkim – chaos. Tutaj z klatki na klatkę znika filiżanka, niezbyt wiadomo, co się dzieje, trochę, jakby w dzisiejszych czasach jakiś aspirujący, mniej więcej 14-letni reżyser nakręcił kolegów na podworku swoim iPhonem i wrzucił to do sieci bez żadnego montażu.
Jesteśmy z kolegą trochę zdziwieni, rozkojarzeni, no bo to taki wielki reżyser, taka ikona francuskiego kina, i w ogóle europejskiej rewolucji w kinie, a tu takie coś, takie trochę nic, które próbuje być czymś, ciężko to określić. Cieszę się, że mam okazję napisać ten artykuł kilka tygodni po faktycznym wydarzeniu, bo gdyby dane by mi było napisać go wtedy, w ten niesprzyjający pozytywnym opiniom grudniowy wieczór, pewnie wieszał bym na nim psy. I to nie tak, że nie mam uwag, ale równoważą się one z moimi pozytywnymi wrażeniami, więc to nawet tak, jak gdyby w ogóle ich nie było.
„Do utraty tchu” było dla mnie całkiem nowym doświadczeniem, pod tym względem, że sam film może i nie wystarczył, żeby mnie urzec, ale w połączeniu z historią dookoła niego – kontekst jego powstania – już tak. I tym właśnie jest esencja francuskiej nowej fali – rewolucją przeciwko normie. Bowiem narodziny tego zjawiska w francuskim kinie znajduje swoje źródło w buncie przeciwko tradycyjnym wartościom kultywowanym w kinie przez pryzmat II Wojny Światowej i jej wpływie na społeczeństwo. Krytycy w „Cahiers du cinéma”, opiniotwórczym magazynie filmowym, do których między innymi należał sam Godard, twierdzili, że reżyser tak naprawdę jest autorem dzieła, jakim jest film, a nie tylko głównym producentem, i pragnęli rozpropagować dołączenie osobistych refleksji czy doświadczeń do kina. Tym właśnie jest „Do utraty tchu” – manifestem Godarda, buntem wobec kanonów wyznaczonych przez wojnę czy tradycje w kinie. Burzliwa forma odzwierciedlenia równie chaotycznej natury ludzkich spraw z kategorii miłości, młodości, zbrodni w biały dzień i wszystkiego innego, czego doświadczyć można było w Paryżu lat 60. ubiegłego wieku.
I ja to kupuję. Przed seansem nie miałem pojęcia, że Francuzi mają w sobie trochę punk rocka, więc byłem pozytywnie zaskoczony. Domyślam się, że taka kultura „wyższa” (choć doprawdy nie lubię tego określenia) nie jest dla każdego, ale życie jest za krótkie, żeby ograniczać się do jednej kategorii filmów. Ogólnie rzecz biorąc, mówi się, że życie jest krótkie, a jednak to najdłuższa rzecz, jaką dane jest nam doświadczyć. Dosyć jednak z tym egzystencjalizmem, bo to nie o tym, tylko o sztuce, na której mam udawać, że się znam. Jedyne co mogę powiedzieć na koniec to poprosić Państwa, żebyście chodzili częściej do kina i może czytali więcej książek, i to tyle. Jestem humanistą, więc to w zasadzie jedyne, o czym mogę mówić, choć też niezbyt umiejętnie. Mniejsza to! Eviva l’arte!